Nartorolkowa 5 krotność.

 

To nie są proste kroki mentalne. Pierwsze obiegnięcie bądź dwukrotne obiegnięcie jeszcze było w granicach mentalnej, jeśli tak to mogę określić, chęci i że tak to określę, zwyczajnie chciało się.

Problem, bariera, pojawia się gdy jestem w połowie drugiego okrążenia i wiem, że na drugim okrążeniu się nie skończy. Gdy dobiegam do miejsca, z którego startowałem i już zaczynam się nastawiać, jak wykrzesać dodatkową siłę mentalną by podjąć jeszcze jedno okrążenie. 

Ręce już lekko czują kije, ( a właściwie uderzenia ), którymi odbijam się o asfalt i wypłaszczoną ( jak po wyszlifowaniu deski papierem ściernym) kostkę brukową (na kostce jest problem bo kije się ślizgają i nie mają punktu przyczepności). Tu mam inny sposób na odbicia i zapewne pracują inne partie mięśni całego ciała, bo też nogi inaczej pracują, ale inaczej się nie da. Asfalt jest o niebo lepszy. 

Co mnie zaskakuje to brak klaksonów na drodze gdy biegnę na nartorolkach - może też dużo jednak daje moje oświetlenie i rozwaga.

Co widać ciekawego? Bloki mieszkalne, domki i oświetlone w nich okna. Ludzie mają w blokach , domach swoje życie a ja się ' tutaj' bawię ze swoimi 'słabościami' i się zastanawiam nad wszystkim przy próbie wyregulowania oddechu, bo czasem wyregulowany już bieg się rozregulowywuje.

Takim oto sposobem gdy jestem pomiędzy Delikatesami miłoszyckimi a Szkołą Podstawową, wyprzedza mnie dwóch biegaczy po chodniku - ja cisnę po boku ulicy. Ręce odpadają, ale już blisko tego trzeciego okrążenia.


Jeszcze dwójeczka.


Kolejna próba innych tras to dwukrotne, tym razem, obiegnięcie tych miejscowości, ale biorę teraz inne trasy na każdym okrążeniu po dwóch dniach odpoczynku. Pierwsza to bardzo dużo asfaltu. Ręce i nogi pracują idealnie. Chwilami przechodzę do łyżwy - hm, chyba ten styl jest szybszy - bo zasuwam. Dziwne, każdy patrzy na mnie jak na .....

 

Słyszę w końcu życie w terenie - same szczekające psy zza płotów :)

Ręce zaczynają boleć, ale chyba jeszcze nie odpadły. Nogi od podnoszenia tego żelastwa z kołami juz też zmęczone, ale najwidoczniej wciąż mają siłę unosić ten sprzęt w łyżwe. 

Idę jakby ' z wiatrem'. Czuję mocno 'beton' w  rękach i torsie. Momentami nie daję rady, ale coś mi pomaga - cisnę. Poszło kilka łez po policzkach...

Pogoda , no nie za idealna. Nie ma słońca. Szaro i ponuro. Widziałem może z 5 ludzi na spacerze. Wybudowali obok nowego Lidla duży, nowszy PKN Orlen - aż 4 wjazdy - były tylko 2. Na wiadukcie po pasie dla rowerów pełno piachu a ja po nim. Zjazd z wiaduktu już lżejszy.

Jest jeszcze wiele elementów, które zauważam, ale pozostawie to dla siebie. Gdy kończe i ściągam rękawice, cholernie, znów 'k...wa'  bolą ręce pomiędzy kciukiem  a czwartym palcem, ale to przejdzie. To wszystko zrobiłem bez wody i bez żeli. Najtrudniejsze było wybijanie się na śliskich, po śniegu, odcinkach asfaltu gdzie nogi mi się rozjeżdżały i cały czas asekurowałem się kijami - oj było wiele do asekurowania się. Pewnie nikt nie zauważy, ale 'nieoczyszczona' droga dla rowerów, na której bardzo dużo, czasem rozbitego szkła, czy również małe kamyczki w postaci żużlu, lub małe gałęzie, przeszkadzały, ale....





 






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ach te "barierki" w umysłach- 3 x Babia Góra

Długość stawu jelczańskiego 8x

Ślęża do 10-ciu