Posty

Górski Maraton Ślężański - za krótki by się rozkręcić, dobry by się przewietrzyć

Obraz
Po calym tygodniu analitycznym, szukalem rano motywacji. Znalazlem dwie-jak ja sie bede czuł po 42 kilometrach a i jak sie z chlopakami umowilem.... (no ja jak daje slowo.....). Na podbiegach i zbiegach załapałem wiatr w skrzydła. Zawinąłbym sie o drzewo ale doświadczenie..... Gdy osoba mnie blokowała wyprzedziłem ją sprytem po glazach....po prostu wszedlem w trans nieświadomie. Żadn e kamienie, głazz, korzenie nie były straszne. Organizm zaczynał sie rozgrzewać na 22 kilometrze a pozostalo 17 do mety. Troszeczke poszalałem sobie na zbiegach i podbiegach przy totalnym wyczerpaniu całym tygodniem. Może czasu nie wykreciłem, ale czas dla mnie tu był nieistotny. Inni zrobili taką reklamę, że aż się zawstydziłem. Myślałem, że na Raduni poszaleje, bo znam te odcinki (długie i ostre do góry, gdzie na suchym podłożu się butami człowiek ześlizguje - uwielbiam takie). Okazało się, że nie mieliśmy doczynienia z odcinkami, na których kiedyś się trenowało. Troszeczke mnie to zasmuciło.. Fi

Nartorolkowo...

Obraz
Punkt widzenia zmienia sie. Zjeżdżając już na parking, busem, dopiero widziałem z czym się mierzyłem kiedy to bus przemierzał tę samą drogę, ale, w dół. Dla mnie, na nartorolkach, takiego czegoś, w górę, nie doświadczyłem. Mowa o odcinku 9 km, którego należało pokonać a nazwano ten odcinek Asfalt Uphill. Jedno muszę przyznać. Nie wiem jak to zrobiłem, mając takie żelastwo na nogach i niezbyt przyjemną powierzchnie asfaltu. Starałem się temu podołać do końca na jednym 'baku' wody, którą miałem w sobie. Kilkakrotnie czułem jak organizm przechodzi jakaś fala mocnego dreszczu poczynając od nóg, po plecy, klatkę piersiową, barki, ręce, dłonie a kończąc na czole i głowie gdzie czułem największą jej kumulacje. Gdy minąłem zieloną tabliczke z napisem 3km byłem już pewien, że zaraz to się skończy. Kolega, gdy rozpoczynaliśmy, wspominał o pewnym ciężkim odcinku. Nie pomylił się. Niby mały podjazd (dla samochodów znak z 12% nachyleniem), spowolnił mnie do maksimum. Wiedziałem, że jeśli si

66 km-takie niby proste, ale..

Obraz
  Uciekanie przed taką chmurą nie było proste. Wszelakie uciekanie nie miało sensu przy takiej sile wiatru. Silny wiatr, raz wiejący bokiem we mnie a na innym odcinku wiejący pod lekkim kątem ale już wprost we mnie a po dwóch kilometrach wszystko przemoczone już mam. Jednym słowem pogoda zaskoczyła. Niestety trzeba było się zmierzyć z tą naturą, współgrać z nią a błyski  i grzmoty były chyba...... nie ma lepszego dopalacza dla organizmu. Niewiarygodne, że taka siła natury objawiła się z tak małej chmurki. Jak dla mnie taka odległość na jednym, zwykłym batoniku i bez wody a przed treningiem bułka z białym serem i herbata...... hmmmm. Przyznam szacuneczek dla siebie samego. Uffff....

Szosa, bieg górski a na koniec biegówki

Obraz
Najpierw półmaraton na rowerze. To było proste ale, no może nie do końca. Potem, za cholere, nie wiedziałem jak mam zrobić pierwsze biegowe kroki. Gdy spontanicznie oczom ukazał się podbieg, nie zastanawiając się, poszedłem w żywioł. Żywioł nie miał końca, bo okazało się, że podbieg, którego kompletnie nie znałem, łączy się z innym, no już trudniejszym.  Nie wiem jak mi serce mocno uderzało, ale jak wejde w rytm, nie umiem odpuścić. Towarzyszył mi jeszcze jeden gość przede mną, ale na pewnym pułapie zwolnił - przepuścił mnie.  Po przeglądnięciu zdjęć z pewnego wpisu, z Bielic, udałem się by sprawdzić stan, który był widoczny na zdjęciach tamtego posta. I tak 'piętnastka' wpadła. Ile razy, bo zmęczone nogi, nie umiałem hamować w górnych partiach i wpadałem, to w choinki, specjalnie by wyhamować łapiąc się ich szybko, to koziołkowałem, bo śnieg jaki był, był bardzo zlodowaciały i nie sposób hamować jodełką i trzeba było specjalnie.....  No 'jakaś łamaga' 😉 - pomyślicie,

Wstępne 250km na szosie już historią

Obraz
  Wstać, widzieć za oknem niesprzyjającą pogodę a jednak robić to wytrwale wg planu. 30km w jedną stronę do pracy i 30km z powrotem. Komu by się chciało. Są przecież pociągi, samochody, autobusy. Trzeba również tu wspomnieć o ścianie, którą miałem gdy wyjeżdżałem z podziemnego parkingu-'nie dam rady'. Nic nie pasowało. Nie udawało się zamontować zapięcia do roweru przy rowerze. Zapięcie nie chciało wejść do plecaka. Itd, itd. Trzeba było zostawić plecak, z którego się wszystko wysypało i zorganizować go na nowo. Ciuchy rowerowe nie wyschły a jednak trzeba było je ubrać. Gdy wsiadłem na rower i wyjechałem serpentyną z podziemnego garażu, znalazłwszy się na drodze dla rowerów, 'ściana' minęła. Pominę już krakse na rowerze, której wynikiem było lekko rozwalone kolano i zdarte spodnie oraz uszkodzony kciuk. Kask się przydał na jednym z kamienistych zakrętów przed jednym z mostów (poślizg). Przetestowałem wszystkie rękawice rowerowe jakie mam a rano gdy wiatr uderza wprost w

Biegi Piastów - 50km, 30km, 25km

Obraz
Zrealizowałem to w dwa dni, w weekend. Jestem z siebie bardzo zadowolony, tym bardziej, że tydzień wcześniej jeszcze walczyłem z nawalnicami. 50-siątka była treningiem na kompletnie nie nasmarowanych nartach bezłuskowych (słabo widocznie nasmarowanych). W kolejny dzień 30-stka i tylko z minutą na zmianę koszulki (astralonu) na 25, i w trasę. Czy klasyk czy łyżwa? Klasyk. Myślałem, że na początku 30-stki ręce mi odpadną, ale przezwyciężyłem zmęczenie z 50-tki.  Był potężny krzyk radości na mecie ostatniego długiego , tak długiego biegu - 25-tki, że nawet nie zauważyłem kiedy minąłem tabliczke 24km zasuwając. Najgorsze jest to, że mi nic nie jest. Nic nie boli. Reasumujac 105km na biegówkach. Wiele szczegółów pozostawie w sobie i też te, jak się łamie swoje granice. Złamałem nawet swoje zeszłoroczne Vassaloped 90km. Jestem z Jakuszycami rozliczony. I wiecie co, na mecie popłakałem się jak dziecko, bo to co było nieosiągalne zostało osiągnięte. Teraz jestem w miejscu, w którym nie byłem n

WAA 360 oraz ponownie TransGranCanaria Classic

Obraz
  Od każdego słusze ostatnio, że taki wyczyn to.....no.  Ja to zawsze komentuje- przecież ja nic nie zrobiłem szczególnego. Ja to po prostu lubie. Dystans , część 360 (trzystasześćdziesiątki) dała mi ostro w kość. Igrałem z życiem na trasie.    Po racjonalnej decyzji w piątek wystartowałem drugi raz w znanym mi już dystansie 130km/7500m który jeszcze bardziej dał w kość ponieważ nogi, cały organizm był poteżnie zmęczony. Tu też igrałem z życiem (silne górskie nawalnice które wielokrotnie mnie spychały ze szlaku). Było nas na szlaku dwóch. Nie odstępowaliśmy się na krok - ja i inny uczestnik. W pewnych momentach wiatr,deszcz, szlifowały nam, że tak się troszeczke męsko wyrażę, gęby, tak, że głowa czasem odpada. Nie było widać nic na odcinku metra. Reasumując lekki jednak horror bo dodatkowo wyczerpanie z poprzedniej części i już ból w nogach, który został pokonany. Potężna walka z przeciwnościami. Co było jeszcze. Tutaj tego nie opisze.   Pomimo wszystko chce tam wrócić bo z tego co prz