"Granice przełamane naturalnie", czyli wrażenia z Karlovskiej 50.


To  już nie obcy czeski teren ze względu na poprzednio pokonany na tych ziemiach półmaraton w „karlowych". Nie chcąc czekać na Bieg Piastów i niecierpliwy wyzwań decyduję się na 50 km klasykiem w Velkich Karlovicach.
Wstałem bardzo szybko mimo, że dzień wcześniej już wszystko miałem przygotowane. Zjadłem śniadanie w ośrodku górskim koło godziny ósmej. Wcześniej już odebrałem numer startowy, więc pozostaje przebranie się do zawodów i jedziemy na miejsce startu. Lekkie napięcie jest, ta nutka ciszy wewnętrznej przed każdym startem. Tu jednak jakby nie ma żadnego strachu większego, choć „chwalmy dzień po zachodzie słońca", które akurat w dzień zawodów bardzo dopisywało.
Inny również system startu niż w Polsce. Różne dystanse razem na linii startu, za mną dziewczynka mająca może koło dziesięciu lat z przepaską „10 km". Świetna atmosfera. Różnorodność wśród zawodników. Widzę kilku, którzy wybrali 2,5 km, widzę również zawodników na 10 km, no i oczywiście bardzo dużo koszulek 25 km oraz 50 km. Bardzo pozytywnie byłem zaskoczony, gdy zobaczyłem dwóch zawodników na dystansie 2,5 km – córkę z tatą, bądź wnuczkę z dziadkiem – ekstra widok, nic tylko gratulować.
Usłyszałem tylko odliczanie po czesku i strzał z pistoletu. Huuuraaa. Okrążaliśmy linię startu po dużym łuku, za chwilę nawrót, jeszcze jeden skręt i obok linii mety zakręt w lewo. Jakby tego było mało jeszcze parę metrów obok linii startu i do góry. I tu już widać kto traci cenne kalorie na pierwszym podbiegu, kto się oszczędza.
Po lekkim podejściu pojawia się delikatny prosty odcinek i zjazd z minimalnym nachyleniem. Chwila odpoczynku dla płuc jest potrzebna, nie trwa to zbyt długo, bo za chwilę mamy dosłownie przelot przez most, ostry skręt w lewo i oczywiście to co jest najlepsze w tego typu zawodach, czyli kolejne podejście. Niektórzy próbują swoich sił by klasykiem pokonać podejście, jednak bardzo wielu nie wychyla się z tłumu i pokonuje wzniesienie jodełką. Kto lepiej przygotowany, szybciej przechodzi do biegu, inny natomiast jeszcze reguluje oddech.

owiedzieć, przejście przez stok zjazdowy i kolejne podejście tym razem troszeczkę krótsze. Płuca są już w rytmie, nogi i barki również. Mamy w końcu dłuższy zjazd aby wesprzeć się naprawdę zimnym orzeźwiającym powietrzem - wspaniałe uczucie. Patrząc na poprzedni sezon obawiałem się, że będzie problem z hamowaniem podczas szybkiego zjazdu, ale tym razem postawiłem na same korzyści i hamowanie właściwie wchodziło w rachubę gdy miałem zawodnika przed sobą lub tor się skończył.
Pokonujemy ostry skręt i przed nami ostre podejście gdzie wchodziliśmy jodełką i końca nie było widać. Nie wytrzymałem, wyszedłem z szeregu i korzystając z szerokiego podejścia powalczyłem pokonując podejście klasykiem.
Zastanawiałem się gdzie jest punkt żywieniowy, bo już zmęczenie dawało znać, ale okazało się, że jeszcze dużo trasy trzeba przebiec nim zobaczę kubeczki z napojami, więc na wzniesieniu, aby nie tracić czasu, żel poszedł w ruch. Mocna ekipa na zawodach, nikt sobie spacerku nie robi. Widać, że tu wszyscy mają porządną kondycję.
Kolejny etap kończy się bardzo ostrym zjazdem. Po jednej stronie tor dla tych, którzy chcą szybko i bardzo dużo zawodników znajduje się na torze. Koncentracja dochodzi zenitu, bo zjazd dosyć długi i miejscami oblodzony.
Dosyć duży łuk teraz do pokonania na płaskim terenie po zjeździe, no więc korzystam i kolejny raz reguluję oddech. Nie będzie łatwo, ale czego tu się spodziewać, tego chciałem. Pojawiają się odcinki gdzie trzeba mocno używać rąk lub klasykiem pokonywać trasę. Zastanawiam się gdzie ten nawrót. Nigdzie nie widać punktu na horyzoncie.
Za zakrętem, dosłownie przy ulicy z normalnym ruchu ulicznym, pojawiają się stoliki z izotonikiem, banany i czekolada. Bez zastanowienia uzupełniam zapasy z pełną świadomością, bo znam już trudność trasy i klasę zawodników. Podejść może chwilowo nie widać, ale gdy są to są odczuwalne, natomiast zjazdy są po to aby „zasuwać" i to bez zastanawiania się.
Jest nawrót, ale mija on bardzo szybko i ponownie do góry. Jedno jest pewnie. Na tych zawodach przełamałem się z wbieganiem jodełką czy też klasykiem pod górę, bo nie ma że boli. Zjazdy są naprawdę ostre i nawet kończą się zakrętami.
Kolejny prosty odcinek do mety czyli do końca pierwszej pętli i kolejny raz wymusza mocną pracę rąk. Jeszcze przelot dosłownie przez ulicę przy otwartym ruchu. Tu policja i organizatorzy sterują ruchem a pozostali podrzucają śnieg pod narty. Jeszcze kolejny wąski mostek, lekki prosty odcinek, jeszcze raz mostek i....

Niby podejścia już nie dziwią, ale kolejne jest bardzo strome. Ci którzy nie mogą wejść szybko, odsuwają się na bok. Staram się dotrzymywać tempa i uparcie wspinam się do góry. Niby koniec ale nie. Jeszcze bardziej strome podejście i zjazd. Nie ma czasu na odpoczynek, bo stromy zjazd do prostego odcinka nie pozwala na „relaks".
I znowu para w rękach i nogach. Trzy tory nie bez sensu tu wyznaczono. Tu jak na autostradzie,tempo niesamowite. Nie zauważyłem nawet kiedy mijamy metę, czyli nawrót do drugiej ostatniej pętli. Wolontariuszka podaję wodę, chwyciłem w locie i tak samo szybko wypiłem. Na moment zatrzymałem się, a tu kolejna osoba dobiega z ciastkami, bananami, czekoladą, ale proszę o więcej izotonika. Dwa kubki to mało, ale cóż jeszcze jedno okrążenie, więc para w rękach.
Przez to zatrzymanie dużo zostałem w tyle więc teraz trzeba będzie nadrobić, a przypominając sobie początek trasy i te podejścia to nie będzie łatwo. Na takich zawodach nawet nie myśli się, aby chwilowo choć „przespacerować się". Na punktach kontrolnych słychać dzwonki na alpejski sposób kibicowania. Nie wiem co mówią ludzie, bo czeskiego nie znam, ale dopingują. Wiem tylko jedno, ostro się brać do roboty.
Nie wiem ilu zawodników jest za mną, ale ostatnie podejścia i strome zjazdy już nie straszne. Nie ma już nawet myślenia o oszczędzaniu się. Ta trasa bardzo przełamuje wszystkie moje niedopracowane elementy i braki. Wymusza szybszy bieg, szybsze pokonywanie podejść. Na ostatnim punkcie kontrolnym wypijam pełny kubek izotonika – właściwie wlewam go i lecę.
Wiem, że nie będę w środku całkowitej listy startowej, ale chcę osiągnąć cel, przekroczyć linię mety. Nie wiem, nawet czy obowiązuje limit czasowy, co tym bardziej motywuje. Sami zawodnicy tutaj motywują, a właściwie ich kondycja.
Zaczyna się przypominać trasa tuż przed metą, bo znów to bardzo strome podejście, ale ono już mi nie straszne. Widzę metę, ktoś jeszcze motywuje, potem okazuje się, że to żona była (śmieje się sam do siebie na mecie). Tak, meta już pokonana a nogi? Nie bolą, jakby nic nie boli. Jestem zadowolony z tego biegu.
Jeden wniosek jaki nasuwa się na myśl, jeśli czegoś się obawiasz lub masz granice, które chcesz przełamać, jedź na zawody gdzie jest ostry teren i miejscami trasa zbudowana jest pod wytrzymałościowe umiejętności. Super, wrócę tam jeszcze na pewno. Teraz chwilowy odpoczynek i Bieg Piastów 2017.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Długość stawu jelczańskiego 8x

Ślęża do 10-ciu

Błoto, deszcz, trzeszczące łańcuchy i rozwalone opony na przykładzie Duathlon Crossowy w Jelczu-Laskowice