Vassaloped 90km - Różne odcienie bieli - cz.1
Przemierzać czasem morza a czasem różne niedogodności, o których się jeszcze na starcie nie wie, podczas drogi, by coś dopiąć.Czemu ludzie podnoszą sobie poprzeczki właśnie uczestnicząc w nie
prostych zadaniach?
Wracając jednak do...
Dojechać do miejsca docelowego oddalonego o jakieś 1550 km od miejsca
zamieszkania, tym razem w drugą stronę globu czyli na północ, by
przebiec tylko a może aż 90 km na biegówkach. Proste, prawda? To przecież tylko 40 kilometrów więcej niż najdłuższy dystans podczas Biegu Piastów organizowanego w Jakuszycach. Nie do końca jednak to takie proste.....
Nie
ma zawodów na biegówkach o dłuższym dystansie już na świecie, bo
sprawdzałem Gdyby były - czy to ma sens? Nie wiem. Może tak. Nie mi to oceniać. Bieganie na nartach biegowych, moim zdaniem, jest cięższe niż
samo bieganie.Poza tym to, moim zdaniem, temat szeroki i to nie jest na to moment.
Trasę dojazdową czas rozpocząć...
Przecież dla zawodowego kierowcy przejechanie 1,5 tysiąca kilometrów to
zwyczajny dzień pracy, ale nie dla kierowcy, który robi to tylko
wycieczkowo w życiu i to w dodatku sam a biorąc pod uwagę jeszcze fakt
nie do końca przespanej nocy przed podróżą. Po zwyczajnym dniu pracy miałem
przeznaczyć kilka godzin na sen przed podróżą. Okazało się, że jednak
czas na spakowanie się, jak zawsze, wydłużył się i czasu na sen już
zabrakło a prom nie będzie czekał. Opuszczając zatem dom dokładnie o północy. Bardzo, bardzo ciężko mi było wyjeżdżać z garażu. Łzy mi leciały po policzku. Pojechałem na polską autostradę A4. Później już na drogę ekspresową do Świnoujścia. To niby tylko 450km a
jednak, okazuje się, że to aż 450km, biorąc pod uwagę zwyczajny dzień pracy za mną i noc, podczas której nie mogłem zasnąć - wszystko w głowie się mobilizowało - tysiące myśli czy o czymś nie zapomniałem i czy wogóle dam rade. To nie była noc spokojna. W głowie było wiele strajków i manifestacji.
Ruchu na
drodze dużego nie ma. Tempomat to złe rozwiązanie w tym momencie, bo
odzwyczaja od używania pedału gazu, hamulca, czy nawet, chwilami,
sprzęgła. Ileż można spoglądać na ciemne lasy, lampy i wciąż ciągnący się pas na powierzchni ulicy rozdzielający dwa pasy ruchu w jedną stronę. Dostaje się oczopląsów.
By
znaleźć coś co zainteresuje mnie poza tymi lasami, znalazłem pewną
stację radiową, w której, właśnie tej nocy, urywkami, była czytana jedna
z książek Remigiusza Mroza "Hashtag" - spokojnie, nie zamierzam jej
cytować.
Znalazłem sobie, może nie będę tego nazywał rozrywką, pewien punkt zaczepienia. Jechałem przez dłuższy czas w niedużej odległości za samochodem
ciężarowym a potem bezpiecznie go wyprzedzałem. Wprost pisząc -
siedziałem na ogonie. Wiem, że nie powinienem, ale nic złego się nie stało. Wszystko zgodnie z przepisami. Ćwiczyłem tym sposobem
przystosowanie się do mniejszej prędkości jazdy, z jaką będę musiał jechać po szweckich autostradach. Wiedziałem, że w Szwecji na drogach szybkiego
ruchu obowiązuje ograniczenie prędkości i dozwolona prędkość tam wynosi
110km/h więc jechałem taką samą lub odbrobinę mniejszą prędkością po autostradzie w Polsce.
Trasa
strasznie się dłużyła, oj strasznie. To niby tylko jeszcze około 300-stu kilometrów, ale samemu, po
całym dniu pracy, bez snu, jednak jest to kaaawaaał drogi.
Wyłączyłem
sobie wyświetlacz w samochodzie, który pokazywał aktualną godzinę i
kilometraż - za dużo świateł w samochodzie. W radio, którego słuchałem, co pewien czas odtwarzana była ta sama
piosenka, ale nie pamiętaj jej teraz. Dojeżdżając do okolic Świebodzina (duży a przynajmniej robi wrażenie dużego, posąg po lewej stronie, oświetlony) miałem świadomość, że jestem w środku mojej drogi do Świnoujścia
- uff, część za mną. Dawało to chwilową ulgę.
Zdarzały się oczywiście momenty za kierownicą, kiedy chciało mi się strasznie spać. Wtedy to uruchamiałem tempomat, i otwierałem termos, w
którym miałem zieloną herbatę. Posilałem się również kanapkami, które
miałem przygotowane na ten odcinek drogi. Minuty mijały wolno, przejechane metry szybciej. I tak do przodu.
Wszystko po to by dotrzeć do końca pierwszej z trzech częsci, trasy do
Rattvik.
Gdy mijałem tablice informacyjne z napisem "Gryfino", wiedziałem, że
jestem już bardzo blisko Szczecina. Pozostało mi niecałe 100 kilometrów
do portu. Ponieważ już nie
zdąrzyłem zakupić sobie "szweckiego grosza" przed wyjazdem z domu, byłem przekonany, że przed
odprawą w porcie z pewnością znajdę kantor.
Komentarze
Prześlij komentarz