WAA 360 oraz ponownie TransGranCanaria Classic

 

Od każdego słusze ostatnio, że taki wyczyn to.....no.  Ja to zawsze komentuje- przecież ja nic nie zrobiłem szczególnego. Ja to po prostu lubie. Dystans , część 360 (trzystasześćdziesiątki) dała mi ostro w kość. Igrałem z życiem na trasie. 

 

Po racjonalnej decyzji w piątek wystartowałem drugi raz w znanym mi już dystansie 130km/7500m który jeszcze bardziej dał w kość ponieważ nogi, cały organizm był poteżnie zmęczony. Tu też igrałem z życiem (silne górskie nawalnice które wielokrotnie mnie spychały ze szlaku). Było nas na szlaku dwóch. Nie odstępowaliśmy się na krok - ja i inny uczestnik. W pewnych momentach wiatr,deszcz, szlifowały nam, że tak się troszeczke męsko wyrażę, gęby, tak, że głowa czasem odpada. Nie było widać nic na odcinku metra. Reasumując lekki jednak horror bo dodatkowo wyczerpanie z poprzedniej części i już ból w nogach, który został pokonany. Potężna walka z przeciwnościami. Co było jeszcze. Tutaj tego nie opisze.

 

Pomimo wszystko chce tam wrócić bo z tego co przeżyłem do tej pory to dystans mocno  "komandoski" - przynajmniej ja to tak nazwę - a mnie to kręci. To już nie ultra. Ultra to za słabe słowo. Nawet mój - historyczny - DFBG240 mocno się do tego chowa.....zresztą kto by chciał trzeci czy już czwarty raz biec najdłuższy z dystansów podczas Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich w Lądku-Zdrój. Tam jest za płasko.


Opisali mnie w internetach jako jedyny Polak, który miał odwagę stawić czoła temu dystansowi w 2021 w dobie , naszego dziwnego COVID19. Nie nawidzę się chwalić, ale może sam sobie musze, w takim razie, coś uświadomić tymi wpisami.

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Długość stawu jelczańskiego 8x

Ślęża do 10-ciu

Błoto, deszcz, trzeszczące łańcuchy i rozwalone opony na przykładzie Duathlon Crossowy w Jelczu-Laskowice