Siedzę na wysokości około tysiąca dwustu na kamieniu jednego z wielu miejsc widokowych we francuskich Alpach. Cisza, dosłowna cisza, w której nie ma nic prócz szelestu liści i w tle latającego ptaka. Gdzieś, nisko w dolinie, słychać ciężko pracującą na wysokich obrotach maszynę i dochodzi również tutaj szum poruszających się aut na autostradzie, również w dole, która prowadzi do Chamonix. Uspokajam się wewnętrznie na sześć godzin przed najważniejszym startem, na którego czekałem cztery lata. Tłumię, odstawiam wszystkie emocje do kieszeni. One mogą popsuć wszystko. Sięgnę po nie gdy będę dwieście metrów przed metą a będą one dojrzalsze. Wtedy już nie będzie innej możliwości jak wyrzucić emocje z siebie - nie będę w stanie ich powstrzymać, nie będę chciał ich zatrzymywać. Mam w sobie bardzo dużo potasu. Cały przedstartowy tydzień, na śniadanie, żona przygotowywała sałatkę z pomidorów z jogurtem...
Komentarze
Prześlij komentarz