Triminator Radków - "Dzień Sądu". Osądź się sam zanim staniesz do bardziej wymagających zawodów
Prawie wypływające łzy, prawie poczucie bycia tak blisko aczkolwiek
bardzo duże prawdopodobieństwo nieukończenia tego będąc dosłownie już
tuż przed metą. Kiedy walka, którą znam (z wymagających ultra
dystansów), walka ze sobą to za mało i trzeba się wykazać wykrzesaniem
jeszcze większej walki ze swoją psychiką, wznieść się o jeszcze z dwa
poziomy wyżej. Kiedy kompletnie nie ma już nawet czasu na wyciąganie z
pasa na biodrze jeszcze żelu i połknięcie go. Nie ma na to właśnie nawet
chwili by na tym zbiegu, zbiegu kamienistym, zbiegu z wystającymi
korzeniami sięgać po „wspomagające energetki”. Jak znaleźć sposób na to
by nogi biegły jeszcze szybciej pomimo niesprzyjającego terenu (już
pewną kaskaderkę pokazałem po dużych kamieniach podczas SuperMaraton Gór
Stołowych 2020, ale o tym w innej relacji). Powracając…łamiesz swoje
granice jak możesz zaciskając zęby i „zasuwasz” do przodu…..
Czuję łzę na policzku, bo
słysze metę. To są emocje bardzo wysokie. To nie boli, ale może boleć
nieukończenie, poddanie się. Starasz się więc wznieść ponad to wszystko
co było do tej pory czyli ponad ten już intensywny wysiłek (4 godziny
temu płynięcie oraz wyciskający z ciebie wszystko wyścig na rowerze w
terenie górskim). To wszystko jest jednak już za mną. Jeszcze bardziej
pokonuje swoje słabości…
Czy przeraża to? Nie wiem.
Czy wogóle takiego typu zawody, jak ten wymagający triathlon, mogę
zaproponować ze swojej strony jako alternatywny trening (jako trening
nie tylko biegowy) do wymagających biegów ultra? Każdy ma na to
oczywiście swoje zdanie. Może, by odpowiedzieć na to pytanie, postaram
się podzielić odpowiedź na trzy części. Odniosę się do pytania biorąc
pod uwage część zawodów, którą jest pływanie, odniosę się do pytania
biorąc pod uwage część zawodów, którą jest „wyścig” na rowerze, oraz
odniosę się do pytania biorąc pod uwagę ostatnią część zawodów, którą
jest bieganie w terenie górskim. Wezmę też pod uwagę inne aspekty, które
nie wchodzą w skład samego triathlonu, ale były dla mnie bardzo
znaczące i okazuje się, że nie wpłynęły na zawody by ich nie ukończyć –
wręcz odwrotnie.
Nocleg...
Jednym z wielu dla mnie
ważnych elementów jest oczywiście sam nocleg przedstartowy. Nie chciało
mi się wydawać pieniędzy na jeden nocleg więc zapakowałem kołdre,
poduszke i kalimate do bagażnika. Zrobiłem to ponieważ wielokrotnie
spędzałem już noc w samochodzie podczas treningów nakierowanych na
bieganie górskie, czy też biegówki (Styczeń,Luty,Marzec) czy też przed
innymi zawodami. W miejscu najbardziej ciemnym na parkingu, tuż przy
zalewie w Radkowie, przespałem w aucie noc. Nie było za komfortowo z
uwagi na, jednak dobijające się małą szczeliną pomiędzy gałęziami, małe,
wredne, wkurzające, światło latarni. Trzeba było sobie to jakoś
zamaskować. Cóż, to nie hotel. Tak wychodzę ze strefy komfortu, a więc
nie posiadam czajnika do herbaty, bo muszę mieć ją już w termosie. Nie
posiadam również telewizora. Mam za to własne myśli i czasem radio
samochodowe, jeśli mam na nie ochotę. Pozwala mi to bardziej skupić się
przed startem i mocno wyciszyć się.
Naturalną pobudką był już ruch
samochodów na tym parkingu około szóstej rano. Jak się okazało nie
byłem sam na parkingu, kto w swoim aucie spędzał noc. Obok, z innego
auta, wyszedł inny zawodnik, przeciągając się.
Coś za ząb inaczej niż zwykle...
Czas się ogarnąć. Wszystko miałem już spakowane do torby sportowej.
Jedne buty do biegu, drugie do jazdy na rowerze (najzwyklejsze trampki
czyli żadne specjalistyczne buty do triathlonów) i trzecie, czyli brak
butów – do pływania. Spakowane miałem również spodenki do biegu, i
drugie do jazdy na rowerze. Rownież nerka mocowana na pas była
wypełniona żelami energetycznymi oraz batonikami energetycznymi. Nie
była ona za ciężka, ale musiałem wszystko tak zorganizować, ponieważ,
jak dotąd, podczas ultra mam plecak biegowy, do którego jednak więcej
mogę zapakować. Postanowiłem więc spróbować podejść do zawodów inaczej,
co okazało się „strzałem w 10”.
Rytuał przedstartowy - to już stare schematy ...
Zaniosłem wszystko to, do
strefy zmian, przed którą należało kontrolnie przedstawić wykupioną
licencje triathlonową, która, jeśli chodzi o te zawody, kosztowała 20zł.
Można było ją pokazać na smartfonie jako zrzut ekranu. Nie była
potrzebna wersja papierowa.
Przyzwyczajony do pewnego ‚rytuału’ przedstartowego, wieszajac rower w
moim, wyznaczonym już miejscu, w strefie, odkładając też torbę sportową
pod rower, wyszedłem ze strefy pytając o odbiór elementu, który będzie
mnie identyfikował na trasie – chip i numer.
Wszystko bezdotykowo. Owe elementy (chip i numer), były już w kuwecie
(kuwety widocznie na zdjęciu pod rowerami) w reklamówce plastikowej,
która była również podpisana tym również samym numerem – numerem
startowym. Pozostało poprzyklejać na kask naklejki z numerem (naklejka
na lewą stronę kasku, na prawą strona kasku i przód kasku) , oraz
nakleić naklejke na rower pod siedzeniem. Wydaje mi się, że to nic
szczególnego aczkolwiek dla mnie była to nowość.
Inne myślenie, inne planowanie ...
Słońce wstawało. Co pozostawić do zmiany. Ostatnie gruntowne
przemyślenia nie były proste, bo to pierwsze, w moim życiu, zawody
triathlonowe i to na takim, mocno technicznym poziomie, czego wtedy
jeszcze nie wiedziałem – przed startem. Startowałem już wcześniej
jedynie w zawodach triathlonowych pod nazwą ‚Triathlon koleżeński’ w
Jelczu-Laskowicach. Te dwa dystanse jednak są mocno różne lub, wręcz,
gigantycznie różne.
Tutaj jest do przepłynięcia 1,9km w wodzie, do przejechania 90km na
rowerze po mocnym górskim terenie i do przebiegnięcia jeszcze po
szlakach górskich ok 24km. Dla porównania w Jelczu było ok 40km po
płaskim terenie (z uwagi na charakter terenu dookoła miejscowości) oraz
do przebiegnięcia 5km po bruku -również polecam.
Do samochodu poszedłem jeszcze coś zjeść. Zwyczajne śniadanie ze
zwyczajnych kromek + na zakończenie śniadania żel, jaki był w pakiecie
startowym. Musiało wystarczyć na razie, bo na część rowerową i biegową
miałem już naszykowane też inne rzeczy i znajdowały się one już w
pasie/nerce, który już leżał w kuwecie. Trzeba było, teraz już, założyć
pianke i przymocować klucz od auta do siebie. Miałem już wypracowaną
technike chowania klucza, bo gdy pływam/trenuje wieczorami sam po
Pierwszym Stawie Jelczańskim, mam klucz przypięty do pasa od boji, którą
zawsze mam obok siebie oraz światełko jasne i czerwone dla
bezpieczeństwa.
Czas iść na "Dzień Sądu" ...
Była 9:17. Głęboki oddech. Idę, jeszcze nie wiem co mnie czeka….
Delikatniutki stres? Nie, ale pojawia się stan bezsilności, bezbronności porównywalny do stanu bezbronnego dziecka. Jak to będzie……
Sędzia pokazał ręką gdzie mam się udać – na koniec kolejki, z której już wchodzili do zimnej wody. Położono mi na ramieniu ręke i usłyszałem – 77, a po chwili usłyszałem 78 ale dłoń była już na kimś innym.
Przez chwile miałem mały problem z zaklimatyzowaniem się w tej wodzie. Jeden o drugiego… nie ma jak się „ustawić” w wodzie. Woda jednak zimna – chce już płynąć, ale uspokajam swoje emocje, choć lekko ściska w płucach.
Delikatniutki stres? Nie, ale pojawia się stan bezsilności, bezbronności porównywalny do stanu bezbronnego dziecka. Jak to będzie……
Sędzia pokazał ręką gdzie mam się udać – na koniec kolejki, z której już wchodzili do zimnej wody. Położono mi na ramieniu ręke i usłyszałem – 77, a po chwili usłyszałem 78 ale dłoń była już na kimś innym.
Przez chwile miałem mały problem z zaklimatyzowaniem się w tej wodzie. Jeden o drugiego… nie ma jak się „ustawić” w wodzie. Woda jednak zimna – chce już płynąć, ale uspokajam swoje emocje, choć lekko ściska w płucach.
Opanowanie emocji i szybki start i bezlitośnie...
Spokój...
Opanowanie swoich emocji...
Jeszcze coś sędzia pogwizduje i krzyczy. Odpłynąłem do tyłu by nie być w tłumie…. 4,3….znów głośny dźwięk gwizdka i równocześnie ze wszystkimi….. ręce poszły w ruch do kraula.
Bardzo szybko zostałem zweryfikowany w wodzie. Po przepłynięciu połowy pierwszego z trzech mnie czekających prawdopodobnie okrążeń (mam cichą nadzieje, że trzy okrążenia to blef), w miarę trzymałem się w środku ekipy – tak, jeszcze w środku :). Poczułem uderzenie ręką w bok. Staram się płynąć ale jak, jeśli ktoś we mnie wpływa znów teraz z prawej strony. Chyba kogoś uderzyłem właśnie nogą. Nie chciałem 🙁 . Inni „dorzucają do pieca” z każdej strony. Widzę, że nie ma co się cackać.
Chrzanić delikatność. Zaczynam też w takim razie ostro...
Ręka poszła w przód. Zachaczyłem właśnie o czyjąś kostke. Do przodu bezlitośnie….
Ręka poszła w przód. Zachaczyłem właśnie o czyjąś kostke. Do przodu bezlitośnie….
Tak właśnie zaczynają się, przeglądając po czterech dniach od mojego szczęśliwego finishu ranking zawodów triathlonowych w górach, które są w top 10 na drugim miejscu, zawody triathlonowe pod nazwą „Triminator Radków 1/2 Ironman”. Zdziwienie mnie bierze kiedy widzę „Hardą Sukę” na miejscu trzecim dopiero. Dla jasności „Harda Suka” to podobno najtrudniejszy triathlon na świecie organizowany w naszych oraz słowackich, Tatrach. Sądzę jednak, że ta strona musi być chyba jednak strasznie może nie aktualna, bo troszeczke wierzyć mi się w to nie chce.
....powracając do mojej sytuacji w zalewie radkowskim....
Zdąrzyłem się już nałykać wody. Nie umyłem się od momentu kiedy wstałem. Już się wykąpałem (uśmiech)…..
…i to w zimnej wodzie. Dopływając prawie za połowę tej pętli w wodzie, obserwuje czołówke w nadziei jednak, że to jest tylko jedna pętla.
Planowanie, na szybko strategi, inne rozkładanie sił w żywiole jakim jest woda...
Moja nadzieja została właśnie zdewastowana. Czołówka płynie kolejną pętle. Trzeba rozłożyć siły. Nie ma co się spieszyć. Zmieniam taktykę, której kompletnie nie mam.Ona się dopiero rodzi. Płynę żabką mimo tego, że jestem czwarty od końca. Ten styl daje mi bardzo dużą kontrole swojej energii. Ci, którzy płyną obok kraulem nie potrafią mnie wyprzedzić. Nie odpuszczam.
Ruchy stają się pewniejsze, mocniejsze, dłuższe. Oddech głęboki, spokojny, długi pomimo temperatury wody, która okazywała się „przyjazna” gdy się jej przy brzegu dotykało….odsuwam od siebie myśl, że woda jest zimna….myślę o czymś pozytywniejszym.
Jestem na drugiej pętli i, jeszcze, czołówka za mną – ale oni zaraz będą kończyć a ja. Staram się chwile odpocząć przechodząc do kraula. Przecież kraul nie służy do odpoczywania. Zasuwam mimo tego, że ten styl niezbyt mi pasuje, ale organizm domagał się małej zmiany. Zimna woda miażdzy mi, swoją lodowatością, policzki. Oczy zaczynają mocno twardnieć. Płynę, nie odpuszczam. Idzie coraz lepiej, ale jestem nie przyzwyczajony. Powoli, powrót znów do żabki.Tuż przed pierwszym zakrętem w wodzie, z trzech, na petli, wyprzedza mnie w oddali po mojej lewej i w bezpieczny sposób czołówka. Robią to bardzo umiejętnie, swobodnie. Też się tak chce nauczyć :(
Ci, którzy byli za mną wciąż nie potrafią do mnie dopłynąć (chodzi o tę dwójke). Gdy dochodzi do mnie myśl, że najwyżej będe ostatni, psychika się wnet sama podnosi. Ona się nie poddaje. Ona czeka na swój ruch. Ruchy są jeszcze mocniejsze, pewniejsze. Większy spokój i pewność. Takim sposobem „pcham” te pętle żabką, połowe kolejnej pętli, oraz ostatnią pętle. Gdy jestem w połowie trzeciej pętli, doganiają mnie „ci z tyłu”. Zmieniam na chwile styl – kraul. Woda znów schładza mi policzki w ułamkach sekund, ale już wiedziałem co poczuje.
Oszlifowanie i dostosowanie się do ciężkich warunków...
Muszę zejść niżej by kraul miał sens. Wchodze całą głową pod wodę-
trzeba. Takie są te zawody. Popłynąłem jak torpeda do przodu. Płynę bez
okularów – nie nawidzę ich. Pod wodą nie widzę nic. Nawiguje się tylko
chwilowym obrazem jaki widzę gdy nabieram powietrza. Odstawiłem
zawodników. Idzie mi to teraz o wiele lepiej. „Targam” przełożeniem rąk i
nie odpuszczam. Temperatura wody i już długie przebywanie w niej, robią
z płucami i łydkami swoje. Zaczynam czuć skurcze. Pojawiają się tylko
na chwile ale skutecznie hamują one ruch nóg.
Zostałem oszlifowany.
Kraul dalej. Oddech mam spokojny ciąż i wciąż jest wyregulowany.
Wszystko się ustabilizowało. Mógłbym teraz stąd nie wychodzić, ale coś
mi mówi żeby się nie spalać za szybko. Zmieniam więc znów sposób na
‚szybką’ żabkę (uśmiech). Jeden z zawodników, wyprzedzając mnie, wchodzi
mi w linie na zakręcie. Już się nauczyłem działać tutaj, co do
niektórych, bez skrupułów. Płynę i zachaczam go dłonią, ale nie robię
tego specjalnie – no taka chyba jest żabka. Zawodnik jest jakby lekko
wzbużony i lekko odpuszcza. Odsunął się bardziej w lewo. Znów utrzymuje
swoje tempo. Wciąż płyniemy szybką żabką – ja i zawodnik przede mną.
Wiem, że za chwile trzeba będzie się przygotować do wyjścia z wody więc
niczego nie zmieniam. „Ciągnę” żabką do końca. Bardzo dużo energii
magazynuje. Zawodnicy z tyłu wciąż starają się mnie wyprzedzić kraulem,
ale nie wychodzi im to wciąż. Do końca, do końca…pętli.
Utrzymywanie standardu, który działa w nowych, nieznanych warunkach...
Twardo utrzymuje pozycje. Widzę, że zawodnicy odpuszczają a ja dopływam
do zawodnika, którego miałem przed sobą. Dociskam jeszcze bardziej.
Wiem, że za chwile będę wychodził z tej wody więc uspokajam ruchy.
Jestem chyba wciąż czwarty na wyjściu. Pominę już to, że łapały mnie
mocne skurcze w łydkach. Jakoś sobie z nimi poradziłem. Znalazłem szybki
i skuteczny sposób.
Tętno mam takie, że mógłbym zasuwać z 80km/h na rowerze. Mocno się uspokajam. Powoli biegnąc do strefy rozsuwam linką zamek na plecach i zsuwam lewy już rękaw pianki. Przy kuwecie i rowerze udaje mi się w kilku ruchach zsunąć szybko całkowicie piankę.
– kurwa mać, pierdolone sznurówki – nie rozwiązałem dobrze trampek gdy je odkładałem. Mam za swoje ale spokój robi swoje. Gacie na rower już mam na sobie. Skarpety założone.
W międzyczasie gdy próbuje wcisnąć nogi do butów, wkładam kask i
zaciskam zacisk pod kaskiem. Jeden but założony. Wszystko jest
zsynchronizowane. Zakladam jeszcze pas/nerke z batonikami, żelami na
biodra i rower w dłoń.
Pierwsze "piekło wody" już za mną. Kolej na następne...
- nie, nie, dopiero za strefą, na asfalcie
... upomniała mnie jedna z osób w żółtych kamizelkach...
Zeskoczyłem z roweru.
- dobrze.....
Kolejna osoba wskazała linie, czerwoną choragiewka. Tutaj, mijając te linie mogłem, w końcu, legalnie, wskoczyć na rower, ale czy to cieszyło skoro już mocno do góry!!
Czułem na sobie jeszcze ten chłód wody. Dociskam pedałami ile mogę. Na pierwszym zjeździe, manetkami, od razu przeszedłem na wysoki przedni tryb a tył zaraz sie doreguluje.
Założona prawa rękawica pozwalała
swobodnie, pewnie, trzymać kierownice i operować manetką tylniej
przeżutki. Od razu na podjeździe, który to się właśnie zaczynał (ten
ponoć 10-cio kilometrowy), ‚wzbogaciłem’ żołądek o żel.
Poznawanie 10 kilometrowego podjazdu...
Nie mogę narzekać na to nachylenie. Jeszcze go tak nie odczuwam. Wyprzedziłem jednego, drugiego i jakoś mi nie ciężko. Podjeżdżam do góry. Po pokonaniu kilku zakrętów i orientacyjnie chyba sześciu kilometrów, jestem pełen nadziei, że dojeżdżam do punktu nawrotki. To jednak szybko sie nie dzieje. Jeszcze, czuje, że żel działa, jednak jeśli tak dalej będzie, będe musiał połknąć drugi.
Teraz, nogi czują już lekką ulge. Jest bardziej poziomo. Coś czuje, że zaraz bedzie nawrotka. Niby powinienem się cieszyć zjazdem, kóry mnie czeka, ale pierwszy raz będe zjeżdżał taki odcinek drogi – odcinek mocno techniczny.
Poczatkowo było dobrze. Prędkości nabierało sie trochę później. Trzeba było też jednak umiejętnie wchodzić w zakrety – na jednym prawie by mnie wyrzuciło – wsparłem się nogą wysuwając ją mocno. Na ostatniej prostej, wyjeżdżając z lasu, prędkość dochodzi do… no trzeba jeszcze bardziej użyć małych zębatek tylnych – dobrze się sprawdzają 🙂 tylko kierownice trzeba trzymać mocno….
Dojeżdżam do kolejnej nawrotki a z niej zakręt w prawo po przysłowiowych 500 metrach i......
…. nieprzewidziany ostry podjazd. On nie był długi ale potrafił tak wyhamować prędkość, że trzeba było szybko, mocno „naciskać” nogą. Nie było nawet czasu na zmianę przerzutki
Odczułem to, fakt. Dojechałem już na lekkich oparach, jak sie okazało, do ostatniej nawrotki.
No to mamy teraz powtórke z rozrywki... Druga petla się zaczęła...
Powrótka z zabawy...
Na niej nie było już tak kolorowo. Duży tryb przedni zostal zwolniony ze swojej pracy w 3/4 podjazdu. Zastanawialem sie jak można tak zasuwać na zakretach, zjeżdzając. Czy może jednak ja to źle robie.
Dojechawszy do nawrotki, odczułem już lekko ten podjazd
Wiedząc co mnie czeka na zjeździe, już inaczej siły rozkładałem. Jeszcze zdarzało mi się używać lekko hamulców na tych bardziej ostrych zakrętach ale i jeszcze nie wiedziałem jak nie tracić na prędkości- czas i sytuacje mnie nauczą
Już poznawałem odcinek na zjeździe, gdzie znów najmniejszy tylni tryb trzeba użyć - z 50 km/h na pewno. Na rowerze jest to odczuwalne a i tak Cie ktoś wyprzedzi
Co zjeść by mieć taką "pare w nogach"?
Już wiedziałem, że tu, zaraz, znów bardzo krótki ale mocny podjazd, znów mnie zweryfikuje. On już nie był problematyczny, ale problematyczna okazała się mała ilość płynu w bidonie a pętle........jeszcze dwie.
Jak to przeżyć i ukończyć drugą część...
Znów nie ma co czekać. Pas na biodrach pomniejszył sie o kolejny batonik i żel. Bardzo oszczednie podchodze do bidona, w którym coraz mniej mam wody.
Ten podjazd już nie był taki łatwy. Całość na wolnobiegu. Walczyłem tutaj z bardzo mocnym bólem w pasie. Ból promieniował po całej prawej stronie biodra, brzucha, klatki piersiowej i, szczerze powiedziawszy, za cholere nie wiedziałem jak sobie z tym kryzysem poradzić.
Mimo tego naciskłem na pedał i mimo tego ból nie odpuszczał - nasilał się. W połowie podjazdu zastanawiłem sie nad chwilowym zejściem z roweru - bardzo intensywny ból. Co mam zrobic? - pytałem siebie. Jak tak dalej bedzie, odpadne.
Zwolniłem, ale to nie pomagało....
Boliiii.!!!!!
Okazało się, że poluzowanie mocowania nerki na pasie było rozwiązaniem na wystepujący ból aczkolwiek nadal występował problem małej ilości wody w bidonie.
Ból ustępował, ale ja już wiele straciłem - i energii i pozycje też.
Jedyne co mnie motywowało to fakt, że za chwile, no może nie aż tak za chwilę, będzie nawrotka do zjazdu a i coś mi mówiło - działaj.
Już nauczyłem się wchodzić w zakręty nie tracąc na prędkości. Ba - rozwijałem, wychodząc z zakrętu, jeszcze wiekszą prędkość, jeszcze częściej używałem najmniejszej zebatki tylnej.
Sił już nie mialem a jednak pedałowalem. Czy znów siła woli?
Znów siła woli...
Nie stanowił problemu nawet ten bardzo krótki podjazd, bardzo odczuwalny. Wypracowałem już na niego strategie. Jedyne co mnie martwiło to, jak na wykończeniu dam radę z ostatnią pętlą na rowerze. Jeszcze kilku zjeżdżało z góry i szczerze sam już chciałem być na ich miejscu, ale niestety - byłem dopiero, chyba, w połowie podjazdu a zastanawiałem się skąd wykrzesać siły by podjechać do końca.
Wody już nie miałem. Batoniki jeszcze były. Żeli już zjadłem mase i mógłbym już wybierać odpowiedni po kształcie opakowania dotykając go palcami. Było mi już ciężko. Cały czas myślałem o nawrotce, tej, niestety, najpierw na górze. Humor mi się poprawił gdy widziałem jeszcze innych, pokonujących podjazd, zawodników. Współczułem i widziałem u jednego na twarzy mocne zmęczenie oraz odczytałem zazdrość.
Zakręty już znałem. Czytałem ich już trud z pewnych punktów na drodze, które mi utkwiły w pamięci. Wprawdzie nie umiem się jeszcze kłaść jak kolarz na zakręcie (lekkie jednak niebezpieczeństwo poturbowania się i też jeszcze nieznajomość opon) ale z czasem.....
Szczęśliwie dojechawszy do końca pętli bardzo mnie cieszył fakt, że pozostał mi tylko odcinek biegowy.
Po "dwóch piekłach" nadszedł czas na znajomą zabawę...
Nie czułem zmęczenia przy przejściu z roweru na bieg. Zmieniając tylko buty i spodenki, sędzia zapytał
-Koniec?
Zdziwiło mnie to pytanie i odpowiadając ze zirytowaniem, bo nie spodziewałem się takiego pytania i uśmiechem na twarzy...
-Nie !?
.... doszedłem spokojnym krokiem do punktu z wodą, który był tuż poza strefą zmian...... ileż to kubków wypróżniłem
Czy izotonik nie powinien mieć innego smaku niż woda?
Nogi nie bolały jak za pierwszym moim razem w Jelczu, gdy schodziłem z roweru w bieg. Tam wogóle nie mogłem biec i szedłem z 500 metrów. Tutaj jest inaczej
Motywowałem się. No teraz spokojnie. 24 kilometry i 3,5h z takim przewyższeniem to już na spokojnie - mówie do siebie bazując na swoim górskim doświadczeniu. Spokojnie można przejść i poluzowałem sobie troche. Przypominały mi się te skały, te, chyba, mocne podejście. Czyż to nie tutaj "targałem" ostro bez kijków podczas SuperMaraton Gór Stołowych? Tak. Coś mi na pewnym odcinku ten czas się kurczył gdy sprawdzałem czas na komórce a tabliczka z kilometrami trasy biegowej wcale nie pokazywała 24 km a prawie 30.
Nie wiedziałem, na którym kilometrze jestem. Nie lubie zegarków biegowych. Wystarczy mi samoświadomość przebiegniętej drogi. Na drugim punkcie z wodą (już nie mogłem się tego punktu doczekać ) chłopak z biegigorskie.pl wspomniał, że to 7 kilometr. O nieeeeee. Myślałem, że jestem jednak dalej.
Pozostało więc, razem doszlismy do wniosku - 15 kilometrów.
Ta liczba jednak nie dawała mi spokoju, bo tablice wciąż pokazywały trase o długości 28 km. Z tablic więc wynikałoby, że jest jeszcze, aż 21 km. Ta liczba jest bardzo mała podczas ultra ale tutaj jakby pełniła inną rolę psychiczną.
Niby mało znaczy wiele...
Wpadłem w pewien trans jakiejś swojej prędkości jednostajnej i sie jej trzymałem. Trzymałem to tempo również na podbiegach, ale na zbiegu już bylo inne - szybsze . Mimo wystających korzeni i jak zawsze, dobrze znanego, nierównego, kamienistego terenu (skąd ja to znam), czułem się na tym odcinku jak u siebie
Nic tylko tempo. Jeden z zawodników wspomniał, że pozostało 55 minut i nie wiadomo ile kilometrów jeszcze do mety. Wyprzedził mnie ale wolałem trzymać swoje tempo - tak mi podpowiadała intuicja, nie zrywać. Gdy dobiegłem do niespodziewanego punktu z wodą, krzyczałem z daleka - 'woda'. Zdążyłem jeszcze dopytać o odległość do mety. Liczba nie była duża ale gdy spoglądałem na komórke szybko, nie było do śmiechu.
Tuż za lasem wybiegłem na otwartą przestrzeń i biegłem "asfaltem" - ot taki odcinek biegu. Za zakrętem (w prawo), pewna para jeszcze motywowała - 'jest moc, ostatnie 2 km '. Wolontariuszka również motywowała i w biegu już podała kubek z izotonikiem. Ja już jednak nie czułem czy to izotonik czy woda.
Nie zatrzymałem się ani na chwile. Bez żadnym już sił. Jak napisałem na wstępie, bez czasu na sięganie po żel, bo sekundy. Jak zmotywować jeszcze tak zmęczony już organizm. Jak 'zmusić' ten 'silnik' zwany psychiką, by nie blokował. On już cały czas mówił do mnie - nie dasz rady, nie teraz, może za rok.
Gdy usłyszałem w oddali muzykę i spiker coś mówił, wiedziałem, że moja meta tego 'Triminator Radków 1/2 Ironman-a' już jest blisko a gdy zobaczyłem pamiętliwy zjazd rowerowy do strefy zmian, swobodnie jeszcze przyspieszyłem.
Już będąc na mostku przed widoczną metą już się uśmiechnąłem - sam do siebie .
Usłyszałem
jeszcze - 'i jeszcze para na ostatniej prostej'. I wiecie co, poszedłem
jak torpeda na tej właśnie ostatniej prostej.......
To wszystko nie możliwe. To już za mną. Uśmiech.
Bez wyciskających treningów podszedłem do tych zawodów górskich a jedno co mnie skusiło to wspominany, na jednym filmie, podobno bardzo ciężki podjazd 10-kilometrowy i powiem, tak, 'chyba' jest ciężki ......?
Po zweryfikowaniu jeszcze świadomie terenu przy Warce bezalkoholowej odjechałem do domu.
Mam tylko taki mały problem w domu, bo nie wiem gdzie umieścić pamiątkową blaszkę, która dotarła Pocztą Polską z tych zawodów (całkiem po lewej stronie na poniższym zdjęciu). Czy mam to umieścić obok bezcennej blaszki z Vassaloped 2020 - 90km czy koło UTMB. Nie wiem. Jedno wiem, do medali nie przywiązuje wagi takiej jak do przygotowań przed wyznaczonym sobie celem i samego uczestniczenia w zawodach.
Blaszka,
fajnie, że jest, ale ona jest bardzo mało istotna dla mnie i może, jak
ich zresztą cały stos, leżeć w reklamówce z numerami startowymi. Do dziś
nie umiem znaleźć swojej granicy. Może kiedyś ją znajdę, bo chce
więcej....
Okazuje się, że takie współzawodnictwo daje mocno w kość a ja to po prostu dalej kocham.
Reasumując....
Bardzo polecam uczestniczenie w innym rodzaju sportów ale też na tym samym poziomie w jakim uczestniczy się zazwyczaj. Jeśli są to Twoje poziomy wysokie, polecam uczestniczenie w innych sportach również na wysokim poziomie.
Dla mnie część pierwsza czyli pływanie, była elementem, biorąc pod uwagę już nie letnią porę roku, jednak lekko wymagającym gdyż woda jest zawsze żywiołem gdzie do końca nie wiemy co się stanie a dodatkowo biorąc pod uwagę jej, wtedy, bardzo niską temperaturę. Wszelakie skurcze spowodowane tą właśnnie niską temperaturą, zachłyśniecia się wodą, poradzenie sobie z takimi, szybko, sytuacjami, bardzo mocno buduje psychikę ponieważ dostarczamy jej nowych schematów, z którymi trzeba sobie poradzić.
Jeśli mogę się wypowiedzieć na temat części rowerowej, ona również posiada dla mnie tzw. piete achillesową. Jest nią sam fakt zejścia z roweru podczas podjazdu.Wydaje mi się, że, może określe to źle, ale dla mnie zejście z roweru podczas podjazdu jest samopoddaniem się, gdzie pojazd jednak wygrywa. Tutaj, mając doświadczenie w ultra dystansach, energie trzeba rozkłądać inaczej. Organizm pracuje na innych obrotach ponieważ tylko i wyłącznie nogi są w ruchu.
Jeśli chodzi o sam bieg czyli część ostatnią, nie wiem jak na innych zawodach triathlonowych, ale ja już wiedziałem, po odbytym triatlonie w Jelczu-Laskowice, że przechodząc z roweru na bieg, należy wyciszyć organizm. Wydaje mi się, że każdy kto ma doświadczenie w biegach górskich - nie musi być ultra, poradzi sobie z odcinkiem biegowym.
Najważniejsza, wydaje mi się, jest znajomość własnego organizmu, czytanie go jak otwartej książki. Jeśli nie mamy tej wiedzy, nie wiemy kiedy organizm potrzebuje dodatkowego paliwa, uzupełnienia energii. Jest to natomiast bardzo szeroki temat, który nie wchodzi w zakres tej relacji.
Dodatkowe podziekowania…
Komentarze
Prześlij komentarz